Kocie tu i teraz

Codziennie dzieje się coś interesującego: ktoś wyzdrowiał, ktoś dostał nową zabawkę, ktoś wyspał się i zaczął mruczeć w plamie słońca. Czasem dzieją się też rzeczy smutne. Stań na czterech łapach i ruszaj za Kotem Dnia w jego codzienne smutki i radości.

Durian planuje jak nikt

Kto świętował z Fifi jej urodziny? Ja na pewno.To znaczy my wszyscy – tu, w Kocim Pogotowiu. Bo każda okazja jest dobra do zabawy i zajadania, no nie? Zdrowie Fifi! Ha. Ale czy pamiętacie, że za cztery dni ja też obchodzę urodziny? Skończę rok. To znaczy, tak symbolicznie. Bo przecież jak byłem kociakiem Na Zewnątrz, to nikt nie zapisał, kiedy się urodziłem. Ale to nieważne. Ogólnie czas leci, futerko rośnie, doświadczenie się krzepi – jak to powiada niedawno przybyły Gracjan. Już planuję ten dzień. Wiecie – im bardziej się do czegoś przygotujemy, tym dłużej będziemy czuć się świątecznie. To ja zaczynam już teraz i planuję. Po pierwsze, będzie cudownie. Wszystkie koty tego dnia przepuszczą mnie do miski, no i będę miał najlepsze miejsce do wygrzewania się na tarasie. (Wiadomo, TEGO dnia oczywiście będzie świecić słońce). A potem, jak już wyspany i wyczesany (zapomniałem o sesji czesania) będę gotowy na przyjmowanie gości, zaczną się prezenty. Dostanę wielki tort rybny. Piętnaście poduszek w poszewkach z polaru, takich miękkich dla łapek. Tylko dla mnie. Wielki tunel do zwiedzania. Mechaniczny zamek z mobilnymi myszkami w oknach i na blankach, i w zwodzonej bramie. I ptaszki w wielkiej klatce, żeby ćwierkały i latały, i chciały się bawić. Czy coś. I akwarium z ogromnymi rybami, żebym mógł mieć swój telewizor. I ludzki sprzęt grający, który odtwarza ptasie trele. I pięćdziesiąt piłeczek! I zapas ulubionego mięska w takim podawaku, działającym na naciśnięcie łapki. I fontannę – bo pluskająca woda, taka jak w kranie, to jakiś cud. I automatyczny wachlarz, do wytwarzania przyjemnego powiewu, kiedy jest upał. I bukiet stworzony z kocich kiełbasek. I… I… No niestety, więcej nie jestem w stanie wymyślić, ale zapewniam was, że to nie koniec prezentów. Ale zawsze musi pozostać jakaś niespodzianka, no nie?

Tak. Tak będzie.

Trochę mi smutno. Nie dlatego, że to wszystko wymyśliłem i że oczywiście moje urodziny będą miłe, ale fontanny na pewno nie będzie. Nie o to chodzi. Nie chcę fontanny, ani mechanicznych myszek, ani sztucznych ptaszków, ani nawet góry mięska. Chciałbym, żeby ktoś mnie głaskał we własnym domku.

Durian-planista

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Nikola zakłada jednoosobową działalność gospodarczą

Trzy łapki na schwał i łebek, który rozwiązuje najtrudniejsze łamigłówki! Kto to może być…. To ja!!! Nikola o trzech łapkach! Sporo myślałam, co mogłabym robić w życiu, bo nie lubię zbyt długo pozostawać w bezruchu i do tego życie jest za krótkie, żeby chrapać na poduszkach. I dlatego tak mnie ciągnie jakaś specjalna aktywność. Tylko że w naszym gronie jest tyle ślicznych, uzdolnionych kotów... O oryginalnych futerkach, z wdziękiem osobistym i z łebkami pełnymi pomysłów. Dlatego długo nie pisałam. Bo ja… No cóż, uroda to sprawa gustu, ale mam tylko trzy łapki i niektórzy mogą do tej kwestii podchodzić z zakłopotaniem. Ale to naprawdę nie jest problem – przynajmniej dla mnie. Bo duch to potęga! Nigdy się nudzę. Zawsze znajdę jakąś zabawę, no i nieźle umiem rozruszać towarzystwo. A do tego ostatnio jest tak ciepło i kot może leżeć, i rozmyślać o przyjemnych sprawach. Wręcz medytować… I właśnie w takich momentach przychodzą do głowy najwspanialsze pomysły! Zakładam Kocią Agencję Detektywistyczną!!!

Gdyby ktoś miał wątpliwości, czy taka organizacja w ogóle jest potrzebna – proszę, oto fakty. Ile razy coś wam zginęło z lodówki? Zawieruszył się nagle ważny rachunek? Zaginął bilet na pociąg za dwie godziny? Jakieś sprytne łapki odczepiły breloczek i gdzieś go schowały? Jestem bystra i świetnie kojarzę fakty. Zniknęła szynka z talerzyka w kuchni? - ha, sroka zaglądała przez okno. Ktoś wypił wodę z kubka Człowieka? Widziałam przemykającego w kącie pająka. (Dla wątpiących – użył słomki). Coś w nocy stukało w drugim pokoju… Jeszcze nie wiem, co to było, ale już mam pewne poszlaki i nie mogę ich zdradzić dla dobra śledztwa. Jak sami widzicie, nie tylko prędko kojarzę, ale mam też odpowiedni aparat pojęciowy – jak to mówią mądrzejsi tego świata. Jednym słowem masz problem – Nikola pomoże.

Aby wszystko było jasne, muszę wam coś powiedzieć. Frida twierdzi, że wszystkie wyżej wspomniane przypadki to robota Demonka. Ale ja się z tym nie zgadzam. To by było zbyt proste!

Nikola obserwuje sprawców

Fot.: Anna Żokowska

Tekst: Anna Rau

Limonka przygląda się temu, co jest pomiędzy przeszłością i przyszłością

Moja druga wiosna. Kto by pomyślał, że wszystko tak się zmieni… To znaczy, ja na pewno tego nie przypuszczałam. Wszystko było takie dobre. Proste. Bezpieczne. I znowu tak jest. Trochę mi dobrze, trochę mi smutno. Jestem w takim czasie „pomiędzy”, tak jak wszystko wokół, co teraz widzę. Między zimą a wiosną.

Moja historia jest krótka. Miałam dom i swoich Ludzi. Pozwalali mi wychodzić. A ja chętnie wychodziłam, bo Na Zewnątrz jest ciekawie. Inspirująco. Śmiesznie. W domu zaś – ciepło, bezpiecznie i miło. Dwa światy. I ja – pomiędzy. W domu dostawałam miseczkę i ciepłe kolana, i własne posłanko na noc, a Na Zewnątrz, w ogrodzie między roślinami śledziłam żuki, skakałam na chrząszcze i tropiłam ptaki. Wędrowałam po zapachach, czasem daleko, daleko, kilka godzin od domu, bo zawsze wydawało mi się, że wiem, jak wrócić. I zawsze wiedziałam. Oprócz jednego razu. Kiedy padało. Kiedy coś mnie przestraszyło. Kiedy w końcu byłam głodna i zasnęłam. I znajoma ścieżka zapachu, znane punkty odniesienia w terenie, wszystko, co pomagało mi wrócić do domu – zniknęło. Zostałam sama w jednym ze światów. A drugi zniknął na zawsze. I wtedy ten pierwszy pokazał mi też swoją inną stronę. Że bywa zimny, że miewa za mało jedzenia i że z Ludźmi, którzy mnie głaskali, z posłankiem i codziennymi tak uspokajająco znanymi czynnościami nie ma nic wspólnego. Ale miałam szczęście i pojawił się nowy Człowiek, który zwrócił na mnie uwagę, bo mam jaskrawe, ładne futerko i nie uciekałam za bardzo. Bardzo dziękuję losowi za moje futerko, gdyż pomogło mi odzyskać miseczkę, posłanko i nawet ręce, które chcą mnie głaskać. I głosy, które zapewniają, że jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie. Wszystko się ułoży. Może. Tęsknię do tamtych rąk. Rąk moich Ludzi. Czy mnie jeszcze pamiętają? Ja ich nigdy nie zapomnę. A czy będę mieć nowy dom? Może. Może na „m”, jak melancholia. Stan pomiędzy domem a domem.

Limonka

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Żelek opisuje, jak poważnie podchodzi do obserwacji nietypowych ludzkich zachowań

Dzięki Dimie ja również się wziąłem na poważnie za obserwowanie ludzkich obyczajów. Zrozumieć ich nie można, ale wiecie - może choć uda się znaleźć jakąś regularność, jakieś niepisane zasady… No cokolwiek. Jednym słowem, chcę zrozumieć, o co w tych wszystkich ludzkich czynnościach chodzi. A poruszyło mnie zjawisko, że od czterech dni wszystko jest godzinę wcześniej! To znaczy mówię tak po ludzku, żebyście wiedzieli, o co chodzi – bo dla mnie ogólnie po prostu wszystko jest wcześniej. Ludzie to mierzą po swojemu, a do tego wcale nie są z tego zadowoleni. Nie byli zadowoleni, kiedy się wszystko zaczęło godzinę wcześniej, i teraz wcale im nie przeszło. I ja się pytam, dlaczego w takim razie wszystko jest godzinę wcześniej, skoro oni nie są zadowoleni?! Bo to przypomina sytuację, kiedy ja nie jestem zadowolony z kiełbaski – takiej, wiecie, co się je z ręki, najlepiej połamaną na kawałki. Jak kiełbaska czasem wydaje się… to znaczy na sto procent i zdradziecko JEST niekocia, to jej nie jem. Choć Człowiek namawia i tłumaczy, że to ta sama kiełbaska, którą co dzień jadłem. No, ja wiem i czuję, że niby ta sama, ale w tym dniu jest niekocia i nie jem. (Oczywiście zastrzegam sobie że czasem trakcie dnia mogę zmienić zdanie i ją jednak zjeść, ale to inny temat). No więc jak czegoś nie chcę, to nie robię. A Ludzie nie chcą i robią. Czyli bycie człowiekiem jednak jest skomplikowane, bo nawet jak nie chce, to jednak wstaje, je, wychodzi, śpi, i wszystko – wcześniej. Ba! Cały świat się do tego przyłączył! I na przykład te wielkie samochody za oknem, które co dzień przyjeżdżają i stają na dole, żeby z nich Ludzie coś tam sobie rozładowali, też przyjeżdżają wcześniej. No niebywałe! I w pierwszym dniu to ja się nawet bardzo ucieszyłem, bo śniadanie było godzinę wcześniej, i to było świetne, bo się nie spodziewałem takiej niespodzianki, ale (i tu was zaskoczę) jednocześnie też wzmogłem czujność! Bo już wiem, że kiedy coś jest wcześniej, to najczęściej oznacza, że Ludzie gdzieś sobie idą i długo nie wracają. Ale tym razem wszystko było jak zwykle, tylko wcześniej. Miseczka i zabawki, Ludzie… To się ostatecznie nie przejąłem. Ale kiedy stopniowo zrozumiałem, że teraz przez dłuższy czas wszystko będzie wcześniej, a Ludzie są z tego powodu niezadowoleni, to postanowiłem zbadać problem i przeciwdziałać! Ewentualnie jakoś dać do zrozumienia Ludziom, żeby przestali się udzielać w tym wcześniejszym czasie i zaczęli wszystko robić wtedy, kiedy zwykle, a w efekcie znów byli zadowoleni. Mniejsza o moje śniadanie. Bo ja chciałbym żeby moi Ludzie byli zadowoleni nawet kosztem mojego sporego poświęcenia. Na przykład śniadania. Tego wcześniejszego oczywiście.

Żelek analizuje

Fot. Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Homar opowiada o małych zmianach i wielkiej Zmianie

Zmiany, zmiany… Powoli zaczynam mieć pewność, że świat jest bardziej dla filozofów niż dla Homarów. Bo wiecie – minęły cztery dni, a ja ciągle o tym myślę. O zmianach. A raczej o Zmianie…

Znacie mnie – Homar, kot na schwał, lubi się bawić, rządzić, wszędzie wpycha wąsy i wiecznie szuka drzwi. I teraz mieszkam w domu, gdzie jest mnóstwo kotów, pokojów i Ludzi! No może trochę przesadziłem z tym „,mnóstwo”, zwłaszcza w kwestii Ludzi, bo co do kotów... No, sami powiedzcie. Poznałem Mrauzesa, Groszkę, Tequilka, Kofika, Mysię… I jeszcze jest Zeus z koleżanką, która mi się nigdy nie przedstawiła, no i Kleo, sprytnie schowana w pewnym pokoju (ale wiem, że jest!), no i wcześniej był przez chwilę Kokos. Sporo, nie? I do tego, i przede wszystkim, był Bobinek. I właśnie, Bobinek... Bo wiecie, ogólnie to ja miałem i mam jakieś małe problemy - tylu nowych znajomych, no i trzeba wszystko poznać, i jakoś sobie znaleźć swoje miejsce, i fajnie by było zostać ulubieńcem Ludzi, i ciekawe, co się dzieje w tym domu, w którym wcześniej mieszkałem, i… Jednym słowem było trochę miauczenia, prychania, niejedzenia, a potem, no… Starałem się. Ciągle się staram, naprawdę. Zmiany są trudne, a wszyscy tacy zadomowieni. No i w tym wszystkim chodził sobie między nami Bobinek, taki chudy i nie do końca pewny na tych swoich drżących łapkach, a najczęściej leżał gdzieś i patrzył albo spał. Bo Bobinek był bardzo, bardzo chory. Często towarzyszył mu Mrauzes, czyli jego najlepszym kolega, który mieszkał z nim od kociaka. I teraz jest spory i łaciaty - a Bobinek, kiedyś gładki i lśniący, teraz chudy i taki biedny. Na niego nigdy się nie czaiłem – bo z innymi to tego… no, chciałem się bawić, albo trochę coś tam. No, starałem się. Naprawdę.

W tym dniu, kiedy nadchodziła Zmiana, wszyscyśmy to czuli. Patrzyliśmy z boku na Bobinka, tak jakoś z szacunkiem, i nie miauczeliśmy jak zwykle o śniadanie, bo i jeść się nie chciało. A Ludzie, co tak długo leczyli Bobinka i łagodzili wszystko, kiedy go bolało, to teraz też próbowali mu pomóc. Ale już dłużej nie dało się pomagać. I tylko Mrauzes podszedł do Bobinka i go lekko dotknął nosem, żeby mu dodać otuchy. A na końcu, kiedy już Zmiana zaczęła się zbliżać na swoich wielkich włochatych łapach, wszyscyśmy się pochowali, bo Bobinek miał prawo być ze Zmianą sam. A Człowiek z nim został. Żeby był sam, ale nie samotny.

I koniec.

Teraz pójdę spać – i na krótko wszystko się zmieni. Bo sen to też zmiana.

Żegnaj, Bobinku.

Homar

Fot. i tekst: Anna Rau

Fifi zaczyna poranek od poważnych przemyśleń nad więziami między istotami

Latają, latają… Takie kuszące, pierzaste. Ale właściwie sympatyczne. Czasem przysiadają na parapecie, kiedy mnie nie widzą. Spore brzuszki, okrągłe łebki z dziobem, krótkie nóżki i skrzydła. Gołębie, sikorki, wróble, kawki, sroki i inne, te wszystkie, które trzymają się trochę dalej, a ja nie umiałabym ich nazwać. No tak - krótko mówiąc, ptaki. Kiedyś przysiadały jakby częściej na parapecie, ale jak się widzi coś tak okrągło-pierzastego o kilkadziesiąt centymetrów od siebie, to po prostu trzeba wskoczyć łapkami na szybę, nie? No, kto by nie wskoczył?… To znaczy, pewnie - widzę, że Ludzie nie skaczą, ale chyba tylko ci dorośli, bo małe Ludziki często chcą złapać ptaszka i przytulić, czy coś tam. No ja nie mogę powiedzieć, że chciałabym ptaka przytulać, ale… Myślicie, że przyjaźń między kotem a ptakiem jest możliwa? Prawdopodobnie coś by poszło nie tak. Myślę, że to wina kształtu – ptaki za bardzo przypominają kocie zabawki! Ale gdybym tak co dzień mogła obserwować takiego jednego dziobatego cudaka, tak z bliska, na pewno w końcu udałoby mi się na niego nie skakać, a potem nawet z nim (zauważcie – z nim! Nie – nim) bawić. Prawie na pewno. Gdyby mało latał. Tak na początku oczywiście. Gdyby można było go spokojnie powąchać. No i trochę dotknąć łapką. I jeśli wtedy by nie skakał i nie fruwał, to jakoś bym się przestawiła i powoli moglibyśmy zacząć być przyjaciółmi. Chyba. Ale byłoby warto. Żywy przyjaciel jest fajniejszy niż zabawkowy. I by ćwierkał. Koty nie rozumieją ptaków tak dosłownie, choć tak „niemal”, w podstawowych rzeczach, jak ćwierkanie „Jestem”, „Jedzenie”, „Uwaga” i „Lubię cię” - to tak, ale w podobny sposób to chyba nawet Ludzie coś z ptasiego rozumieją. Choć pewnie nie zawsze i nie u wszystkich ptaków. No, tak czy owak, on by się nie nauczył miauczeć, a ja ćwierkać, ale może bylibyśmy dla siebie zabawni albo choć zajmujący? No i to byłaby prawdziwa przyjaźń, taka – wiecie – wymagająca. Bo łatwo jest przyjaźnić się z kimś podobnym do ciebie i zrozumiałym, ale z kimś zupełnie odmiennym i łatwym do zjedzenia?… Ba.

Ludzie chyba nie mają takich dylematów. Choć może? Bo czy Człowiek może przyjaźnić się z kotem?

Fifi

Fot.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Dima rozkłada łapki nad ludzką logiką poranków

Nikt nie zrozumie Ludzi. Dlaczego w większość dni rano zrywają się, ignorują kota (albo prawie ignorują, bo co to jest za zainteresowanie - pogłaskanie w locie i powtarzanie: "Zaraz, kiciu, zaraz"?!), biegają w kółko, spieszą się i nie widzą ważnych problemów (kocich), i w końcu, po prostu, skandalicznie i bezdusznie wychodzą, a w inne dni – ledwie dają się zwlec z łóżka, lub w ostateczności, lub powiedzmy że – jednym słowem w ogóle się nie spieszą, choć są na tym świecie kwestie, które trzeba rozwiązać natychmiast? Na przykład pusta miseczka. Pusta miseczka obok tej w średnim stopniu napełnionej chrupkami, ale kto by jadł chrupki, skoro co dzień o tej porze było mięsko? No i głaskanie co dzień o tej porze było, a tu jeszcze ciągle Człowiek leży i udaje że śpi. Wiem, że udaje, bo go na pewno obudziłem. Nie ze złośliwości, tylko po prostu przyszedł czas na budzenie i później Człowiek byłby niezadowolony. Ile razy tak było, że w te dni, kiedy Człowiek rano lata i potem wychodzi, po prostu stwierdziłem, że jestem obrażony i nie będę się napraszał. I leżałem i czekałem, kiedy wreszcie… wiadomo. No i w końcu Człowiek otwierał oko, mamrotał, a potem zaczynał szybko chodzić (jeszcze szybciej niż zwykle) i pokrzykując do mnie w przerwach, dlaczego nie budziłem, zawsze miauczę i budzę, a dziś akurat, kiedy… Nie wiem, o co chodzi. Ile razy było mamrotanie i narzekanie, po co budzę, skoro… a przecież można by pospać, a jednak… To w końcu budzić, czy nie budzić?

Dima

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau

Feniks rozważa trudny temat odbioru, tożsamości i innych ludzkich spraw

Czy kiedyś zastanawialiście się, jak zwierzęta was odbierają? Koty, czy nie koty. Zwierzęta. A znacie słowo „nadprzyrodzony”? Wiem, wiem, nie powinienem używać takich niekocich słów. I tak po prawdzie właściwie koty takich słów, jak „nadprzyrodzony”, „superhieratyczny”, czy „zawoalowany”, nie używają. Nie dlatego, że nasz język jest ubogi czy niedostateczny, ale po co mówić barokowo (zwróćcie uwagę, chi chi), skoro można prosto i na temat. Ale dlaczego zacząłem od tego nadprzyrodzonego… Bo to znaczy – niezwykły, ponadprzeciętny, niesamowity, godny podziwu, cudowny. Kiedy zwierzę was obserwuje, widzi, że jesteście ogromni (jak siedem kotów, pięć dużych psów, kilkadziesiąt ptaków i tak dalej) i że jesteście „inni”. Po pierwsze, macie dostęp do nieograniczonej ilości jedzenia! Dowolnego. Gdy się jest bezdomnym kotem, albo choćby ptakiem, zwraca się uwagę na to, czego się nie ma. A zimą przede wszystkim nie ma się jedzenia. Jak jest jedzenie, przeżyjesz mroźną noc, bo masz siłę poszukać schronienia i zachować ciepło ciała. No więc, kiedy tak się na was patrzy – spod samochodu, z piwnicznego okienka, z drzewa, zza krawężnika, widzimy, jak głośno poruszacie się po wytyczonych przez siebie drogach, niosąc torby wypełnione jedzeniem, jedząc po drodze, rzucając nieuważnie tu i tam jakieś resztki. Skąd to macie?! Ptaki was uwielbiają. Często. Po drugie, jesteście ciepło opatuleni – w jakichś warstwach, zmieniających kolor materiałach. Ocieplani szczęściarze. Po trzecie, wszystko w mieście jest dla was. Zbudowaliście je pod siebie – i w wielu wypadkach na inne istoty już nie ma miejsca. A zresztą sami ich nie chcecie. Bo zwierzęta brudzą, hałasują i bywają chore.

Maluchy – kociaki – widzą w was groźnych superbohaterów. Ogromnych, jeżdżących w niesamowicie szybkich potworach z blachy, które są wam posłuszne, żyjących za szybami i drzwiami, zza których bucha ciepło, gdy je otworzycie, i gdzie otaczają was nawet zimą zielone rośliny. Cóż to za niesamowite istoty! - mówią kociątka. Ale dorosłe koty je ostrzegają, że oczywiście są wśród was tacy „bohaterowie”, którzy karmią, przygarniają bezdomnych oraz leczą chorych, ale że macie i drugą naturę. Że wasze metalowe potwory nie mają litości dla stojącego na ich drodze zwierzaka, że ciepło w waszych domach jest tylko dla was i waszych domowych ulubieńców, a jedzenie, którego macie nieprzeliczone ilości, rzadko trafia na śmietniki, gdzie możemy coś wygrzebać, w takiej formie, że jest to zjadalne. I że bywacie głośni, okrutni i nieuważni. Dlatego kociaki mają uważać. Bo "nadprzyrodzony", czyli "inny", oznacza i "niezwykły", i "straszny". Niezrozumiały. Czujecie tę odpowiedzialność?

Wybaczcie, że dzisiaj tak smutno piszę. Mam zły nastrój.

Feniks

Fot.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Katrina rozmyśla nad tym, kto kim i dlaczego jest

Siedzę sobie ciepła i puchata na kocyku i myślę, że jednak życie jest dziwne i ogólnie niesprawiedliwe. Bo jak to się dzieje, że jeden ma kocyk, miseczkę i co dzień ciepło o poranku, a drugi teraz tylko przemyka od dziury do dziury i zastanawia się, czy przeżyje noc? Gdy dziś rano wyjrzałam przez okno, zobaczyłam Na Zewnątrz kota… Był taki sam jak ja! Miał białe futerko w łatki – tylko lekko przybrudzone. Przemykał na końcach łapek po białym od śniegu trawniku, kuląc uszy w podmuchach wiatru. I nagle zamarł. Ostrożnie przesuwając się między gałązkami krzaka, przyczaił się, obserwując błyszczącego czarnego ptaka z żółtym dziobem, skaczącego w bieli i kręcącego z zastanowieniem łebkiem nad ostatkiem jakichś owoców na krzaku. Kot przesuwał się łapka za łapką, zachodząc zaabsorbowanego ptaka od tyłu… Dzięki białemu futerku był całkiem dobrze zakamuflowany. Kibicowałam mu całym sercem, gdyż był chudy… Z drugiej strony popatrzyłam na ptaka – czarną kulkę, której tu absolutnie nie powinno być, którą przyłapał mróz, która jakimś cudem przeżyła noc i która chce żyć dalej. Był zabawny jak moja piłeczka i równie głodny jak kot. Szkoda małego – i szkoda chudego kota. I wtedy pomyślałam też – jak to jest… Kto o tym zdecydował, że to nie ja teraz próbuję upolować czarnego kosa, a ten łaciaty nie przygląda mi się zza szyby, siedząc na ogrzanym ciepłem grzejnika parapecie. Kto o tym zdecydował – jaki przypadek, los, czy gwiazda, że to ja mam czyste futerko i zawsze pełną miskę, a on musi polować w zimnej bieli?

Kos uciekł. Kot wyprostował się i ruszył dalej. Patrząc, jak drepcze w śniegu, mówiłam do niego cicho: „Wytrzymaj jeszcze trochę, już niedługo! Będzie wiosna. Będą trawa, wonne wieczory i jasne noce. Będzie można bawić się w trawie i wygrzewać w plamach słońca. Będzie jedzenie, będzie ciepło i będziesz mruczeć o zmroku na wygrzanym murku. Tylko wytrzymaj”.

Katrina

Fot.: Dominika Bahr

Tekst: Anna Rau

Joda, pierwsza w historii koteczka, która żałuje, że za długo spała

Święto, święto i po święcie! Kota oczywiście. Za szybko minęło. Za szybko… To był mój pierwszy Dzień Kota w życiu i trochę poszkapiłam sprawę, bo mnóstwo przespałam! A miało być tak pięknie. Ale to dlatego, że Jankes mnie nie budził z drzemek – a obiecał!

Wiecie, jak tylko kiedyś po raz pierwszy usłyszałam, że Ludzie poświęcili cały dzień w roku, żeby fetować to, co jest kocie, zdziwiłam się i ucieszyłam. I zaczęłam sobie wyobrażać to świętowanie… Że wszędzie na podwórkach wystawią miseczki z jedzeniem, żeby choć w ten dzień naprawdę wszystkie koty się najadły. I że wystawią też takie małe piecyki, żeby mogły się ogrzać. I że postawią słynne kocie domki, na które koty Z Zewnątrz tak tęsknie popatrują, bo przecież ich nie ma tylu, ile jest kotów. I że te domki po Dniu Kota zostaną już na zawsze. Jak streściłam to wszystko Jankesowi, to powiedział, że jestem szlachetną koteczką i nie wiedział, że mam tak szerokie horyzonty. No ba! Ale sobie też stworzyłam scenariusz na nasze rodzinne świętowanie, nie myślcie. No więc miało być tak: nasz Człowiek miał cały dzień przy nas siedzieć i to głaskać, to drapać, a ogólnie to rzucać piłeczki i myszki. I nigdzie nie wychodzić. Bo po prostu miał podziwiać, jak dzielnie się rozprawiamy z zabawkami. Bo to chyba przyjemnie patrzeć, jak ktoś się dobrze bawi, prawda? A potem w nagrodę mieliśmy dostać luksusowe chrupki w kształcie poduszeczek, które się dostaje w ograniczonej ilości, bo „to, kotki, deser jest” (cokolwiek to znaczy). Oczywiście podzielilibyśmy się chrupkami ze Współkotem – czyli naszym kocim współlokatorem – bo w końcu to również jego święto. On chyba by nie chciał, żeby mu rzucać piłeczki i myszki, więc mógłby razem z Człowiekiem podziwiać, jak ja z Jankesem polujemy. Świetny scenariusz, nie? Jankesowi też się podobał. No i muszę wam powiedzieć, ze Człowiek bez konsultacji z nami całkiem nieźle cały ten plan zrealizował: były specjalne miseczki dla naszej trójki, no i zabawa z tym, co wiecie. I głaskanie. Ale po każdej takiej sesji po prostu padałam i zasypiałam! Bardzo smutne. Mój Pierwszy Dzień Kota miał trwać bez końca! A minął tak szybko jak lot sikorki za oknem, że tak powiem jak poetka Jazz. Współkot mówi, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, bo następny Dzień Kota już za rok. I że my tutaj właściwie co dzień mamy Dzień Kota. No tak, ale nieoficjalnie!

Joda

Fot.: Beata Bagniewska

Tekst: Anna Rau