Kocie tu i teraz

Codziennie dzieje się coś interesującego: ktoś wyzdrowiał, ktoś dostał nową zabawkę, ktoś wyspał się i zaczął mruczeć w plamie słońca. Czasem dzieją się też rzeczy smutne. Stań na czterech łapach i ruszaj za Kotem Dnia w jego codzienne smutki i radości.

Wandalka snuje rozważania na temat przydatności oraz nieprzydatności futerka

Ludzie to jednak umieją się urządzić. Teraz, kiedy jest tak gorąco, czasem najbardziej na świecie chciałabym rozpiąć futro za pomocą jakiegoś tajnego suwaka na brzuszku i przez dłuższy czas zostać sfinksem albo jakimś kotopodobnym zwierzakiem. O! - guziki też by były dobre. Czyli wyobrażacie sobie, co czuję. Najstarsze koty nie pamiętają takich upałów!!! No, a przynajmniej ja nic o czymś takim nie słyszałam. Ogólnie to jakiś przełom, bo wiecie, zawsze byłam dumna ze swojego futerka. A wszystko się zaczęło od tego, że każdy dawno, dawno temu usłyszał: „Grzeczny kociak to zna – o futerko się dba!”. Każdy kot – oczywiście. I ja pamiętam to zdanie, odkąd mi się oczy otworzyły i mama przestała mnie myć. Czyli jakieś poczucie obowiązku wewnątrz zostało zakodowane. No i to sprawa honoru - czyste, zadbane futro to duma każdego kota. (Podobnie jak ogon). Dlatego często, kiedy spotyka się kota, którego futerko pozostawia wiele do życzenia, to coś jest nie tak i to bardzo. Bo kot dba o futerko, dopóki tylko może… Tak czy owak, tyle razy patrzyłam jak moi totalnie bezfuttrzani Ludzie wykonują co dzień różne zabiegi pielęgnacyjne jakimś szczotkami, grzebieniami, czymśtam i zawsze sobie myślałam, że to urocze, bo ogólnie to szkoda zachodu… No, nie chcę być niemiła, ale po pierwsze nie ma to jak solidne i dokładne wyczyszczenie całego futerka własnym jęzorkiem, a po drugie – Ludzie to właściwie szczotkują, co tam mają, dla idei… No, bo ile tego jest… Czubek głowy, phi. A spróbowalibyście zadbać o futro na plecach! - to jest coś! A każdy kot ma idealne plecy – więc rozumiecie różnicę gatunków i zdolności. Tylko że teraz, odkąd od dłuższego czasu futerko wydaje się pewnego typu gorącym balastem, zaczęłam się zastanawiać, czy Ludzie w dawnych czasach jakoś specjalnie tego tak nie urządzili, że są bezfuterkowi i ogólnie dlatego mają tyle wynalazków, i murowane domy, i światło na życzenie, bo nie muszą się co dzień całe wieki zajmować futerkiem, i dlatego, że w czasie lata nie jest im tak gorąco… To jakaś sprawa dla naukowców lub filozofów. Historyków stosunków ludzko-kocich. Speców od ewolucji futra.

Psy podobno się strzyże. Zawsze ten pomysł wydawał mi się co najmniej zabawny, ale teraz to już nie wiem….

Wandalka i upał

Fot.: Izabela Kozłowska

Tekst: Anna Rau

Fisz próbuje ludzkiego jedzenia i co z tego wychodzi

Widzicie te obiekty przede mną? To znaczy, żebyście nie myśleli, wiem, co to jest – pomidor i fasolka, ale specjalnie mówię „obiekty”, bo dla kotów są to przedmioty wielofunkcyjne. A wy to tylko jecie! I w ogóle dlaczego ludzie jedzą takie rzeczy?!… Jak to zobaczyłem po raz pierwszy, to aż zamrugałem. Ale jestem otwarty na doświadczenia i pomyślałem, że też spróbuję. A co tam. Może smakuje mięskiem, a koty są zacofane i szukają mięska tylko w mięsku… Spróbowałem tego okrągłego. No, pomidora. On wtedy był pokrojony przez Człowieka i leżał u niego kawałku chleba (chleb jest średnio jadalny). Ale najpierw go powąchałem. Bardzo nie zachęcał. Pachniał trochę wodą, trochę takim zielskiem jakby. No, to w końcu chciałem polizać, ale zrobiło się zamieszanie – i trudno. Ale i tak by nie było warto. No i ta fasolka. Bardzo zabawna. Ludzie używają jej tak, że wsadzają do gorącej wody, aż się robi ciepła i pachnie… pachnie… gotowanym zielskiem. Powąchałem i już nawet nie próbowałem, bo znowu by było zamieszanie, a totalnie bez powodu i w ogóle nie warto. Jedno co warto, to pobawić się tym czymś. Pomidor się rewelacyjnie turla – tylko Człowiek powinien dostarczyć takie mniejsze egzemplarze – i wtedy jest ekstra. Są nawet lepsze niż piłeczki, bo mają nieregularne kształty i lecą, gdzie chcą, więc trzeba główkować, żeby je dorwać. Tylko uwaga na jedno: z pomidora, jak się go zahaczy pazurkiem, leci z woda, więc podczas gonitwy lepiej nie wejść w to łapkami, bo potem się pachnie zielskiem. A teraz podaję sposób na zabawę fasolką: można ją brać po jednej w pyszczek, wynosić i podkładać w nietypowe miejsca, i jak je Człowiek potem znajduje, to się jeszcze bardziej cieszy niż z takich ugotowanych. (Oczywiście można też po jednej wyciągać z koszyka i podrzucać – ale to już takie zwyczajne. To z podkładaniem jest zabawniejsze). Tak czy owak zainspirowałem was trochę? To jak teraz wykorzystacie pomidora i fasolkę?

Fisz

Fot.: Małgo Rzata

Tekst: Anna Rau

Ramen snuje opowieść o pewnym pałacu

Śniło mi się że jestem królewiczem. Miałem piękną jedwabną poduszkę, na której co noc spałem pod baldachimem haftowanym w gołąbki. A poduszka co dzień miała nową powłoczkę w kolorze odpowiadającym mojemu nastrojowi. I co rano pokojówka przychodziła polerować mi pazurki i szczotkować futerko bielutką szczoteczką o złotej rękojeści. Zastawę miałem porcelanową – a na brzeżku każdego z naczyń był namalowany mój monogram R z pięknym zawijasem. I dostawałem tylko ulubione mięsko w mnóstwie galaretki i luksusowe chrupki o wyjątkowo kruchej skórce i niesamowicie miękkim środku. A czasem tylko samą galaretkę. A woda dla mnie była specjalnie sprowadzana z gór w dalekiej krainie z racji niesamowitej czystości i odmładzających składników. Miałem też w pałacu – który był ogrooooomny – mnóstwo pokoi tylko do swojej dyspozycji: do zabaw, do rozrywki, do skupienia i do spotkań. Jeden pokój był pełen kłębuszków wełny. Drugi – pełen piłeczek. Trzeci zawierał same puchate zabawki z dzwoneczkami. Czwarty – myszki. Piąty był wypełniony kartonowymi pudełkami do wskakiwania i zeskakiwania. Szósty – miał wszędzie zawieszone na długich wstążkach kulki i ptaki z papieru. I to wszystko szeleściło i powiewało w podmuchach wiatru, i tylko czekało, żeby wyciągnąć po to łapki. A jeden pokój był wypełniony mięciutkimi poduszkami w polarowych powłoczkach, zaś inny wyposażono w rozkoszny dywan z długim włosiem, na którym aż się chciało co chwila polegiwać z łapkami do góry. I każdy z pokojów miał ogromny balkon z widokiem na ulice, ogrody i mosty – każdy na jakiś inny krajobraz, żeby tylko oglądanie było urozmaicone i za każdym razem inne. Miałem też między pokojami mnóstwo długich korytarzy do galopowania i mini korytarzyków do prześlizgiwania się niczym w tunelach czasowych. Miałem własną oranżerię z roślinami do wspinania się i pacania łapką. Miałam motylarnię i ptaszarnię z miliardem ptaszków chętnych do zabawy. Wielki basen z setką zielonych żabek wyskakujących według życzenia na brzeg oraz z istnym milionem błyszczących rybek widocznych przez powierzchnię wody. A przez basen środkiem przeciągnięta była urocza kładka, żeby móc na na niej leżeć w ciepełku i podziwiać tę wodną menażerię. I co ważne - Ruko mieszkał na drugim końcu pałacu w swoich, podobnych do moich, pokojach, więc co dzień spotykaliśmy się dokładnie na środku pałacu i bawiliśmy się do upadłego!!!

Ramen

Fot.: Magda Apa-cz

Tekst: Anna Rau

Impuś i Żelek wykazują się talentem psychologicznym

- Wiesz, Imp, my się chyba musimy zmienić…

- Dlaczego?!

- No, bo popatrz, jak my żyjemy.

- Żyjemy bardzo w porządku!

- Nie o to chodzi! Ale powiedz – co teraz robimy?

- Leżymy.

- No właśnie. To całe nasze życie. Leżymy, jemy i śpimy. A potem znów leżymy.

- Chyba ty!!! Robimy jeszcze mnóstwo innych rzeczy! Budzimy co dzień naszego Człowieka. Witamy go i żegnamy, gdy wchodzi i wychodzi. Myjemy futra. Obserwujemy i analizujemy świat za oknem. Kiedy Człowiek robi coś zajmującego, towarzyszymy mu i pomagamy…

- To chyba się nie liczy. Pamiętasz, co się działo, jak pomagaliśmy przy sprzątaniu, polując na mopa i łażąc po mokrym?

- No! Afera na całego! Było super. I właśnie o tym mówię. Tak czy owak – długo by wymieniać, co jeszcze robimy, ale zostało najważniejsze. Nie wiem, jak ty, ale ja przenigdy nie zapomnę o… o… No, Żelek! Nie domyślasz się? O zabawie! Przecież jeszcze się bawimy! To bardzo ważne i potrzebne.

- No niby tak… Człowiek się cieszy, gdy się przygląda, czasem nam podaje zabawki, no i dla nas to jest bardzo dobre. Ćwiczyć trzeba. Tylko... Pamiętasz, jakie ja kiedyś miałem aspiracje? Chciałem być super kotem i ratować potrzebujących!

- Młody jesteś, wszystko przed tobą. A poza tym gdyby coś się zadziało, przecież byś ratował. Nie twoja wina, że nikt tutaj nie potrzebuje pomocy. Ja czuję się świetnie. Człowiek też.

- Trochę mnie pocieszyłeś. I wiesz co? Mam jeszcze jedną naszą aktywność. Przecież my ciągle czekamy na własny dom! Takie czekanie to praca na cały etat. Leżmy dalej.

Impuś i Żelek

Fot.: Kamila PIórkowska

Tekst: Anna Rau

Filia zaczyna wierzyć w naukę

Nie uwierzycie, co mi się przed chwilą przydarzyło!!! Normalnie jestem w szoku! Nie wierzę! Pamiętacie, jak Limonka opowiadała o tym, że wszystko fruwa? Że ludzie, owady, podobno nawet myszy… Nie wierzyłam jej. Naprawdę jej nie uwierzyłam. Bo kto to widział, żeby mysz latała! Ale – rety – brak wiary w naukę zawsze się jakoś mści okrutnie. Dzisiaj, teraz! Siedzę sobie właśnie przyjemnie na oknie, patrzę w zapadającą ciemność na ćmy i inne owadzie skrzydlaki, aż nagle jak mi przed nosem nie świśnie ogromna latająca mysz! Przeleciała z hukiem jak ludzki odrzutowiec! No dobra, trochę przesadzam, ale była wielka, miała przeogromne skrzydła i mega długie uszy, i chichotała cichutko. Hmm. No dobrze, nie chichotała, ale jakoś tak przelatywała znacząco wężykiem, przed moimi oczami. Naprawdę miała skrzydła, takie trochę przezroczyste, i łapkami sterowała w powietrzu. A może nie miała łapek? Tylne miała na pewno... Cóż to za potwór okropny. Zaraz pójdę do Limonki, obudzę ją i powiem, że ją przepraszam, i że już we wszystkim będę się jej słuchać. Nawet jak zakaże mi mlaskać przy jedzeniu. I wsadzać nos w chrupki. I nie budzić jej w środku drzemki zabawką z dzwoneczkiem. Trudno. We wszystkim jej posłucham. Idę.

***

Co za niesprawiedliwie życie. Najpierw ogromny, wściekły, myszopodobny stwór krążący w ciemnościach, a potem Limonka! Powiedziała, że tak się tylko mówi, że to latające myszy, a tak naprawę to są nie-to-pe-rze. I że nie ma się czego bać, bo to prawie latająca mysz, a żaden kot się nie boi myszy! Czyli to mysz, czy nie mysz?! Phi, zresztą tak naprawdę udawałam. Znam toperze i nietoperze, i myszy. Tylko chciałam sprawdzić, czy wy wiecie.

Filia

Fot.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Orient ma dobre przeczucia

Macie takie dni, kiedy po prostu wiecie, że wszystko będzie dobrze? Budzicie się rano, akurat spoczywa na was ciepła plamka słońca, słyszcie przez okno ćwierkanie bardzo obiecujących ptaszków, przeciągacie się i wszystko jest absolutnie perfekcyjne. Futerko jest czyste i lśniące, a poranne mycie go to sama przyjemność. Miseczka napełnia się waszym ulubionym mięskiem. Przez okno widzicie same interesujące widoki: właśnie przyjeżdżają wielkie samochody-potwory i wyrzucają coś efektownego ze swoich brzuchów, ludzie prowadzą na smyczach psy, przechodzą podwórkowe koty, no i – hit ostatniego miesiąca – co rusz przelatują wam przed oczami lotem koszącym te fantastyczne jaskółki!!! Jest tak dobrze, że znów zasypiacie z wyciągniętymi łapkami i śni wam się akwarium napełnione boskimi rybkami, które droczą się z wami, to podpływając do powierzchni, to się chowając. Potem, po tej krótkiej przyjemnej drzemce odkrywacie w miseczce zupełnie nowe danie, jeszcze lepsza niż poprzednie, a Ludzie zaczynają sprzątać w szafkach, które w związku z tym można można zwiedzać i zajmować. Cudowne. Wszystko jest absolutnie cudowne. Do tego wieczorem Ludzie przynoszą wam piórko i mnóstwo czasu bawią z się z wami, podrzucając go prosto w wasze łapki. Ech. Widzicie, co tu mam? To sztuczny motylek. Znaleźć coś takiego do zabawy to wielka gratka – i to właśnie taki dzień. Moje przeczucie zapowiada w przyszłości same atrakcje. Chociaż jak będzie? Pewnie inaczej, zupełnie inaczej.

Mój Człowiek wyjeżdża, a ja z nim nie mogę jechać. Coś się zmieni… Nie – raczej wszystko się zmieni. Ale dziś czuję… wiem, że wszystko będzie dobrze. Na pewno. Nie ma innej opcji.

Orient z motylkiem

Fot.: Monika Bieniek

Tekst: Anna Rau

Wira zastanawia się, jaki wpływ ma temperatura na menu w jej miseczce

To ja, Wira, a to jest moja pełna miseczka. Miseczka pełna karmy z kurczaka. Hmmm. Jeść czy nie jeść, oto jest pytanie. Kurczak, kurczak… No, nie wiem. Co by tu wymyślić… Ha!

Muszę was ostrzec – niech was nie zwiedzie, że to jedzonko wygląda dobrze i dobrze pachnie. Jest zepsute. Na pewno. To znaczy pachnie dobrze i dobrze wygląda. Przed chwilą je dostałam i przed chwilą to jadłam, i właściwie mi smakowało. Tak niemal. Bo to kurczak, a ja bym wolała wołowinkę. Od początku wolałam, ale jak Ludzie mi nakładali, to jeszcze nie byłam pewna, a teraz już wiem. I to się właśnie nazywa problem z komunikacją, próbowałam dać do zrozumienia, że… No dobrze – miałam nadzieję, że Ludzie się domyślą i dadzą mi tę wołowinkę. Bo to ogólnie powinno być inaczej - Ludzie, jak mi dają do miseczki, powinni się domyślić. Że jak jem z entuzjazmem, to mam ochotę, a jak z mniejszym – to mniejszą. No i trochę zjadłam z uprzejmości, ale… no zjadłabym wołowinkę. Taaak – właściwie to zaraz zepsuje się ten kurczak i wtedy będą musieli dać mi coś innego. Bo trzeba przyznać, że starają się nie powtarzać smaków – więc teraz kolej na wołowinkę po tym zepsutym – powtarzam: zepsutym – kurczaku. No, niby jeszcze nie wygląda na zepsutego, ale straszne bakterie już się czają, aby zaraz zaatakować. Po prostu czuję to. Więc wiem, co zrobię – zamiauczę nad miseczką! I wtedy Ludzie spytają: „Wiruniu, co ci się stało? Przecież dostałaś! I jadłaś. Ale jest tak ciepło, a ty pokazujesz na miseczkę, więc pewnie coś nie tak z tym kurczakiem! Mądra kicia dostanie wołowinkę”. Tak będzie. Bo wiadomo, takie ciepło to straszne niebezpieczeństwo dla kociej żywności i ponieważ miseczka już stoi od 5 minut, robi się coraz groźniej. Kurczak zaraz, zaraz się zepsuje. I wtedy… no niestety, aby nie umrzeć z głodu, będę musiała się zgodzić na tę proponowaną wołowinkę. Zgodzę się. Wspaniała historia. A teraz jeszcze trochę zjem tego kurczaka. Z uprzejmości. I dlatego, że Feniks się zbliża, a on nie jest smakoszem, tylko wylizuje wszystko, co zobaczy w misce, i nie zostałoby ani trochę dowodu rzeczowego na to, że kurczak był nie tego, więc bardzo potrzebuję wołowiny.

 

Wira kontroluje miseczkę

Fot.: Anna Smółkowska

Tekst: Anna Rau

Limonka marzy o locie

Podobno na świecie są latające myszy. To niesprawiedliwe. Bo dlaczego nie ma latających kotów?

Często siedzę na werandzie i przyglądam się światu, i wtedy myślę. Bo wiecie, choć wiele kotów myśli, leżąc i drzemiąc, to ja lubię medytować podczas obserwacji świata. I właśnie wtedy widzę, a raczej właśnie przy takiej okazji ostatnio do mnie dotarło, jak wiele istot lata! Większość takich, które są malutkie i przyjemnie się za nimi gania – motyle, muchy, żuki, trzmiele… i ptaki. Ptaki to trochę inna historia, choć sen o ich łapaniu, no cóż, jest w każdym z nas od zawsze. Tak czy owak, jak się patrzy na tych małych spryciarzy, gdy machają skrzydłami i unoszą się z ćwierkaniem o kilkadziesiąt centymetrów od moich łapek, to aż same wąsy chodzą w ich kierunku. A do tego nawet Ludzie latają. To znaczy, kiedyś, gdy się schowałam podczas burczącego przelotu wielkiej żelaznej machiny latającej nad Kocim Pogotowiem, Gracjan próbował mnie uspokajać wyjaśnieniami, jak to Ludzie konstruują takie metalowe, hałaśliwe ptaki, żeby sobie w nich latać. No… może to trochę pomogło. Wyszłam na ugiętych łapkach. A wkrótce potem niebem przesunął się lotem ślizgowym inny metalowy ptak – cichy i elegancki – i ten mi się naprawdę spodobał. Choć pomysł siedzenia w takim ptaku niespecjalnie przypadł mi do gustu. Ale z drugiej strony… Limonka, pierwszy latający kot?… Gdybyście pytali, gdzie bym poleciała, to nie wiem… Czasem mnie gna taka melancholia, czy tęsknota… Wyszłabym chętnie stąd i powędrowała znów na swoich rudych łapkach między trawami, wśród liści, węsząc za latającymi istotami na sześciu i dwóch nogach. W dawnym życiu tak chodziłam. Kiedy miałam dom. Może dlatego teraz często przyciskam nosek do siatki na werandzie i wącham zapachy, żaby ułożyły się w jakąś znaną wonną ścieżkę w moim łebku... Oczywiście dawny czas nie wróci. Ale w myślach latam nad Kocim Pogotowiem jak ten elegancki cichy żelazny ptak i znowu czuję wiatr w uszkach.

Limonka

Fot.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Gracjan weranduje oraz przywołuje bliższe i dalsze znajomości

Ludzie to się umieją urządzić – wymyślili i wyprawiają różne święta, a że święta są bardzo fajne, jednym słowem Ludzie mają fajnie z takimi małymi i większymi świętami. Bo wtedy są dodatkowe puszki, leniuchowanie bez końca, spotkania i baloniki do łapania. To znaczy z tymi balonikami to tak tylko sobie wyobrażam, bo ja nigdy takich nie łapałem – ale dodatkowe puszki to już sprawdzona prawda! Że też koty nie wymyślają świąt… Ale wracając do Ludzi – dla nich dziś jest Dzień… Odnawiania Znajomości! Dowiedziałem się o tym przypadkiem i bardzo się ucieszyłem, bo to świetny pretekst do wspominania. Mieszkając w Kociej Kawiarni, spotkałem całkiem sporo Ludzi i dziś im w duchu machałem łapą. Wygrzewałem się w słońcu na naszej werandzie i machałem – słowo daję. Bo koty, jak leżą i mruczą od ciepła, to tylko wyglądają, jakby były na urlopie, a tak naprawdę wykonują mnóstwo pracy intelektualnej! I ja też ją wykonywałem: wspominałem wszystkie koty i kotki, z którymi tam mieszkałem… Większość z nich znalazło dom, a kilkoro – na przykład Ikar – tymczasuje i czeka na dom, jak ja. Kochani, wam wszystkim w Dniu Odnawiania Znajomości wysyłam pozdrowienia! Myślę też sobie, że gdybym mógł je materializować, wyglądałyby jak ptaszki, bo je wszyscy lubią. Okrągłe, puchate i budzące przyjemne skojarzenia, mniam. Ludziom, których miałem przyjemność poznać, również wysyłam takie mruczące ptaszyny. Chcę też powiedzieć jasno i dobitnie – czekam na własny dom. Nawet jako ex prezes Kociej Kawiarni. A właściwie zwłaszcza jako. Choć jak z tym będzie? Zobaczymy. Dorosłe koty bywają filozofami czekającymi w spokoju na to, co przyniesie los, i powtarzającymi: „Taka karma”.

Swoją drogą ciekawe, że słowo „karma” to i jedzenie, i przeznaczenie… Oczywiście jest to w jakiś sposób logiczne. Nie ma karmy, zwłaszcza przez dłuższy czas, i twoje przeznaczenie kończy się. Jest dobra karma – chrupki i nie tyko, i już czujesz, że twoje przeznaczenie jest ci życzliwe – czyli po prostu masz szczęście. Ale to tylko taki mały odskok filozoficzny od kociej codzienności. Dość spokojnej i w ostatnim czasie rozpromienionej ciepłem werandującego wraz z nami słońca. Co prawda trochę zamieszania w te idylliczne klimaty wprowadził Homar, który tak bardzo chciał mieć dom, że co dzień miauczał i hałasował… Ale nagle – tak jak się pojawił - wyjechał do Ludzi, którzy go bardzo polubili, więc warto było hałasować. Przemyślimy tę strategię w przyszłości, a na razie… Przedstawiam małą proklamację. Może ktoś w Dniu Odnawiania Znajomości pomyślał, że chciałby w tym tygodniu odnowić z nami znajomość? I odwiedziłby nas w najbliższym czasie? Czekamy: Wira, Żożo, Filia, Oliwka, Limonka, Feniks, Ollim i ja, Gracjan. Odnowiciel Znajomości – do usług.

Gracjan odnawia znajomość

Fot.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Homar wyjeżdża… we śnie i rzeczywistości

W pierwszym dniu, kiedy przyjechałem do Kociego Pogotowia, śniło mi się, że nagle wyjechałem. Pojechałem daleko, daleko - jak człowiek, któremu wypowiedziano dom i musiał go opuścić. Nie pytajcie jak – bo to sen. Sen-jawa. Jechałem, przez pola, łąki i lasy. Mijałem Ludzi, z których żaden nie był moim, i domy, w których mieszkały inne koty. Bo tutaj nikt mnie nie chce.

Jechałem jednak, jechałem, czy szedłem, wiedząc, że dom gdzieś tam jest. Że znowu powróci, i wszystko będzie tak, jak było dawno temu, kiedy dom miałem i byłem czyjś, a Człowiek był mój. Tylko we śnie takie rzeczy się wie. Wiedziałem więc i szedłem z nadzieją. I w końcu zobaczyłem go – to miejsce, gdzie wreszcie mogłem wejść i zostać. I czekano na mnie.

Świat nagle tak mnie ucieszył! A ja ucieszyłem Ludzi, którzy mnie przyjęli. I mogłem wchodzić, wychodzić i do nich wracać. Skakać i spać na poduszce. I mogłem otwierać kolejne drzwi, a za każdymi była coraz to inna i coraz lepsza niespodzianka do odkrycia – drzewo, trawa, Człowiek, droga, kwiaty, owady, miska, powrót, ciepło, głaskanie i sen we śnie. Drzwi… Znacie mnie od prawie roku. Wiecie, że drzwi są dla mnie najważniejszym i prawdziwym znakiem. Znakiem domu, wolności, nowego wyjścia i poszukiwania. Mój Dom, którego już nigdy TAKIEGO nie będzie, miał TE drzwi. Dlatego ciągle otwieram kolejne. I we śnie też otwierałem - w moim domu. Własnym. Na zawsze. Dlaczego to tak nie wygląda? Dlaczego nikt nie chce żyć tak, jak wiem, że można, i jak żyłem kiedyś? We śnie jednak nie wiedziałem, że to na zawsze straciłem, i nic nie psuło mojej radości przy własnym Człowieku bez twarzy. I w końcu, ciesząc się domem, otworzyłem kolejne drzwi, ale za nimi było tylko przebudzenie.

Homar

Fot.: Marek Jędrasik

Tekst: Anna Rau