Kocie tu i teraz

Codziennie dzieje się coś interesującego: ktoś wyzdrowiał, ktoś dostał nową zabawkę, ktoś wyspał się i zaczął mruczeć w plamie słońca. Czasem dzieją się też rzeczy smutne. Stań na czterech łapach i ruszaj za Kotem Dnia w jego codzienne smutki i radości.

Dajan zmienia się na nowy rok

Właśnie dowiedziałem się od Limonki, że to teraz jest ten czas, kiedy Ludzie zaczynają spełniać swoje różne szlachetne albo miłe postanowienia, które niedawno zrobili. A robili je w tym dniu, kiedy na zewnątrz wszystko strzelało, błyskało i huczało, i było strasznie. Może dlatego Ludzie robią te całe postanowienia - bo przecież nie wiedzą, czy może to jakiś kataklizm, czy wojna, i tak sobie mówią, że jak przeżyją, to zrobią wszystko po nowemu… To nawet ma sens. Ja też się wtedy schowałem i tak zabunkrowany powtarzałem sobie, że jeśli to się dobrze skończy, to już zawsze będę grzecznym kotem. No, a potem więcej postanowień sobie zrobiłem, kiedy już na zewnątrz przestało strzelać i wylazłem spod fotela. Wiecie, tak na spokojnie. I tak sobie myślę, że moim ulubionym postanowieniem z tych wymyślonych jest zostanie adoptowanym w tym roku. Tak! Ale właściwie nie wiem, czy z tym postanowieniem coś mogę zrobić... Tak żeby je spełnić. To znaczy ono jest możliwe do spełnienia, a przynajmniej ja w to wierzę, ale nie przeze mnie. Ot i tak. Ech. W końcu trochę już czekam na dom. No, ale w zeszłym roku czekałem tak bez planu, a teraz mam postanowienie! Uda się, na pewno się uda. A swoją drogą ciekawe, jakie są te wszystkie ludzkie postanowienia. Gdybym ja był Człowiekiem... No właśnie! Gdybym ja był Człowiekiem, to natychmiast bym postanowił, że adoptuję jakiegoś kota. Najlepiej grzecznego. A pamiętajcie, że ja od kilku dni jestem jeszcze grzeczniejszy niż byłem, więc się świetnie nadaję. A potem – gdybym był Człowiekiem z postanowieniem – jeszcze szybciej popędziłbym i wybrał jakiegoś wspaniałego, grzecznego kota, i zabrał do domu. I dał mu poduszkę, miseczkę, kuwetkę i z godzinkę co dzień, żeby się bawić. I drugą, żeby tego grzecznego kota głaskać. I TO dopiero jest super świetne postanowienie! Właśnie tak, jak się dowiedziałem – postanowienie szlachetne, bo pomaga biednemu kotu bez domku, i miłe – bo mieć kota jest bardzo miło. Zwłaszcza tak grzecznego kota jak ja.

Dajan

Fot.: Monika Stańczak

Tekst: Anna Rau

Zyzio podsumowuje kocie święta

Z łapką na sercu mogę powiedzieć, że ludzkie święta były super. Z łapką na sercu – albo na brzuszku. No po prostu były świetne. I do oglądania było dużo, i do wąchania, i do smakowania, i do słuchania. Tylko do tak zwanej choinki miałbym jedną uwagę – żeby była bardziej kocia. Bo ta, co była, to była w wersji ludzkiej. Po pierwsze nie wolno było na nią wchodzić. Po drugie nie wolno było pacać łapką tych kulistych piłek, co na niej wisiały. A wszyscy wiedzą, że niepisane a starodawne prawo mówi, że każda piłeczka w okolicy kota jest dla kota! Po trzecie nie wolno było ściągać z niej tego puchatego, co teraz w nim leżę. To znaczy takiego podobnego, tamto puchate wisi na choince, bo mi nie dali. Ale drugie niepisane i starodawne prawo mówi, że to, co zachęcająco wisi i powiewa w okolicy kota, jest dla kota. Tak więc widzicie, że to wszystko było jakieś niedopracowane. A ja mam nawet przemyślaną taką idealną wersję choinki. W noc świąt, kiedy Ludzie się naświętowali i nawet Zoya, z którą tu mieszkam, już spała, długo nad tym myślałem. Choinka przyjazna kotom przede wszystkim powinna być do wchodzenia. Wiecie – na sam czubek, żeby to coś błyszczącego zbadać i ewentualnie sobie pożyczyć do zabawy. I żeby cała była obwieszona kocimi kiełbaskami. Normalnie widzę to – długie, brązowe, pachnące mięsne patyczki wiszące od czubka do ziemi, żeby można było nawet z dołu sobie sięgnąć pyszczkiem i schrupać. Ach ach. No i żeby na gałązkach wisiały takie papierowe zabawki składane, które po ściągnięciu można turlać łapką, a w środku grzechocze zachęcająco luksusowy chrupek. I jak się postarasz, to go możesz z zabawki wyciągnąć! Coś wspaniałego. No i żeby między tymi kiełbaskami i zabawkami wisiały takie kulki z folii, napuchacone, co ganiane tak wspaniale szeleszczą! A co druga gałązka, żeby były tasiemki z papieru – albo i materiału – żeby można było je ściągać i nosić w pyszczku!!! A pod choinką cała góra myszek z ogonami i wąsami!!! I piłeczki gumowe!!! I pomponiki!!!!! I…

Zoya mówi, że zwariowałem. Phi. W następnym roku zażyczę sobie taką choinkę od Mikołaja, to zobaczy.

Zyzio

Fot.: Monika Bieniek

Tekst: Anna Rau

Zyfilon kładzie podwaliny kociej kartografii

Pamiętacie, jak się błąkałem i nie mogłem znaleźć mojej mamy ani brata? Ludzkie ulice są takie duże dla małych kotków. Teraz już jestem duży! - ale wtedy byłem mały i musiałem długo, długo iść, żeby przejść przez taką ludzką drogę. No i, i tak nie wiedziałem, dokąd idę. Bo niby coś tam pamiętałem i jakieś zapachy były… Ale to mało, za mało. Ostatnio zaś się dowiedziałem, że ludzie to już w ogóle miewają kłopoty z drogami. Wiecie, sami nie wiedzą, jak i dokąd iść, kiedy krążą daleko, daleko od swoich domków. Czasem się kręcą w kółko i pomagają im w tym jakieś maszyny, czy coś tam. Nie wiem. Ale ogólnie się nie dziwię! Ja niby byłem blisko od mojej mamy, a i tak się zgubiłem, no to jak bym się zgubił, jak bym był daleko! Jak ci ludzie – tak bym się zgubił. Ale Ludzie jednak sprytni są. Robią sobie takie… takie wskazówki na papierach, dokąd iść, i kiedy się tego trzymają, to zawsze trafiają tam, gdzie chcą. Wiecie - „skręcić w lewo, za kamieniem skręcić w prawo, za dużym domem prosto w dół, za ulicą jeden w ulicę dwa” - czy jakoś tak. Tylko że to jest na obrazkach. Odwzorowanie terenu i droga, i cel. I to się nazywa mapa! Bardzo, bardzo sprytne. I jak by mi się przydało wtedy, kiedy mnie ci Ludzie znaleźli, co krążyłem i miauczałem. Bo powinny być takie mapy dla kotów!!! Takie małe tablice, jakoś tak po kociemu oznaczone: „Tu stoją kocie domki”. „W prawo i w drugim podwórku na lewo 3 otwarte piwniczne okienka”. „W lewo, w lewo i w dół pod krzakiem – co dzień karmienie 3 godziny po zachodzie słońca”. „Uwaga, tu nie przechodzić. Szybko jeżdżą metalowe potwory. Przejdź 30 kroków dalej – tam już spokojniej”. „Za dwie drogi przyjazny śmietnik koło ludzkiego sklepu mięsnego”. „Koło drzewa na środku parku co dzień drepczą gołębie, a wygodne krzaki obserwacyjne 4 metry dalej na prawo”. „Omijać teren boiska – rzucają przedmiotami”. O! I wtedy to by było klawe życie, nie?

Zyfilon

Fot.: Anna Chyżyńska

Tekst: Anna Rau

Ollim snuje refleksje pomikołajkowe

Na pewno Mikołaja nie ma. Po prostu nie ma. I nie o to chodzi, że wczoraj nic nie dostałem, wcale nie o to. Bo dostałem. Wszyscyśmy coś dostali: bardzo dobre jedzonko i zabawki, i Ludzie się z nami bawili. Było fajnie jak zawsze. Ale… ale miało być wyjątkowo. Bo Koci Mikołaj...

Jak pierwszy raz usłyszałem o Mikołaju, to aż mi się nie chciało wierzyć. O, właśnie, już wtedy mi to podpadło. Że w pewien specjalny dzień przychodzi taki ktoś, kto nam daje to, co najbardziej chcemy. Pomyślałem sobie, że to niemożliwe. I że dlaczego ktoś miałby mi coś dawać. No ale ta historia była dość przekonująca, bo to miał być taki KOCI Mikołaj, i taki lepszy ktoś, ktoś, co dużo może… No to nie powiem, czekałem wczoraj, że zdarzy się coś, czego najbardziej chcę. (Bo do tego mieliśmy się też trochę wcześniej przygotować – i każdy z nas miał wymyślić, czego bardzo, bardzo chce. I miało się spełnić). Czyli jak już przyszło wczoraj, a ja usłyszałem, że jest specjalne mięsko od Mikołaja, i są piłeczki, to sobie pomyślałem, że chyba Mikołaj czegoś nie dosłyszał. Albo że muszę jeszcze chwilkę poczekać. Bo ja chciałem dostać własny dom. Z Ludźmi, którzy by mnie wyjątkowo lubili, tak na zawsze. No, duży prezent chciałem.

Nie wiem, jak to sobie wyobrażałem – że się obudzę i już będę w tym własnym domu? Albo że tak będę siedział, a nagle przyjdą do nas Ludzie i powiedzą: „Ollim, jesteśmy od Mikołaja! Będziemy zawsze razem – cieszysz się?”. No, chyba tak miało być. A było inaczej.

Jedzonko było smaczne, a zabawkami dziś już się bawiłem z samego rana… Może takie życzenie jak moje nie może być spełnione tak od razu? Bo nie chcę skreślać tego Mikołaja. W końcu postarał się, jak mógł. Może miał do dania tylko jeden domek z Ludźmi i dostał do jakiś inny kot. Który mieszka w jakiejś norze, i ciągle jest głodny, i mu zimno. Czyli właściwie dobrze zrobił ten Mikołaj. Ja sobie jeszcze poczekam.

Ollim

Fot.: Monika Stańczak

Tekst: Anna Rau

Wicia i Werwa organizują andrzejki

- Werwa, o której to wszystko się robi? To całe wróżenie?

- Jakoś w nocy.

- Odpada, w nocy to ja śpię albo jem. No, czasem się bawię... A to jakaś poważna sprawa. Robimy to teraz! A jak to się robi?

- No, rozrzuca się jakieś rzeczy i jak spadną w jakiś kształt, to on się sprawdzi w przyszłym roku.

- Nieraz coś nam spadało i to nie było wróżenie… Podejrzane to jakieś.

- Ale Ludzie dziś mówili! Wieczorem idą, wróżą i się sprawdza.

- No, jak mówili… Dobra. Ja wróżę z piłeczki z piórkami, a ty wróż z tego różowego do ciągania.

- Się robi, szefie!

- W pyszczek! Na stół! I teraz… Raz! Dwa! Trzy!!! Poszło…

- Wicia? I co ci to różowe przypomina?

- Hmmm, parówkę?

- Ludzie nam nie dają parówek!

- No właśnie, ale w przyszłym roku będzie inaczej. Sama widzisz – wróżba pokazuje, że wreszcie dadzą. Głupio by było, gdyby wyszło nam coś, co już mamy, nie?

- Racja. A co tobie wyszło?

- Przez te piórka to jakby ptaszek. Wiesz, może jakiś tu wleci i wtedy będzie można go… tego… zapoznać… Albo ktoś przyjdzie z jakimś w klatce.

- Ludzie chyba nie chodzą z ptaszkami w klatkach na spacery.

- Przykre nie? Z psami chodzą, a z ptaszkami nie.

- Nie przejmuj się. Jak się ci się wróżba nie spełni, to podzielę się z tobą moją parówką.

- Jesteś naprawdę dobrą siostrą.

Wicia i Werwa wróżą

Fot.: Monika Bieniek

Tekst: Anna Rau

Gracjan szuka domu

Już tyle czasu minęło i nikt mnie nie chce. To znaczy wiem, że ktoś pewnie by mnie i chciał, gdyby mnie lepiej poznał, ale teraz jakoś nikt nie chce. I wiem, że to nic osobistego. Po prostu większość Ludzi, którzy lubią koty, już je mają. A przecież są też tacy, którzy lubią psy, ptaki, myszy, jaszczurki, pająki i co tam jeszcze na świecie żyje, i też potrzebuje domu. I tak to.

Pewnego razu usłyszałem opowieść o tym, jak to Ludzie wiele lat temu posłali wysoko, wysoko, na niebo, ku gwiazdom, w takim wielkim metalowym statku powietrznym psa. Żeby zobaczył, co tam jest. Nie wiem, jak się ta historia dla niego skończyła, ale pewnie źle – jak to się zwykle takie eksperymenty kończą…. Ale potem też było, że przez te wszystkie lata Ludzie tak się douczyli w kwestii tych powietrznych podróży, że teraz to już sami swobodnie latają, kiedy chcą. To ja tak sobie pomyślałem, że skoro to jest takie bezpieczne i w ten sposób można zwiedzić coś więcej niż Tutaj, gdzie żyję, i gdzie żyją wszystkie znajome mi koty i Ludzie, czyli gdzie są te wszystkie zajęte domy, to może w tej podniebnej przestrzeni jest Drugie Takie Miejsce? Drugie takie jak to Miejsce, tylko Inne. I może Tam nie ma kotów, czyli są domy z jakimiś tamtejszymi Ludźmi, co marzą o swoich kotach, ale ich nigdy nie będą mieć – bo ich tam nie ma? Jest to możliwe, prawda? Pewnie trochę by się w to Inne Miejsce leciało… Z tydzień. Albo z miesiąc. Ale byłoby warto. A potem własny domek, no i najważniejsze – przysłałbym Tutaj powrotną wiadomość do wszystkich bezdomnych kotów: „Przyjeżdżajcie, koty, przyjeżdżajcie! Pomachajcie łapką z okna powietrznego statku i w drogę! Czekają na was miłe domy z przyjemnymi Ludźmi, którzy bardzo chcą mieć własne koty, i miseczki pełne jedzenia, i ciepłe kocyki, i mnóstwo zabawek. I nie bójcie się – wszystkich was przywitam i przedstawię. Ja, Gracjan!”.

W domu tymczasowym jest mi bardzo miło. Naprawdę. Ale może już robię kłopot. I tu są też inne koty, co czekają na dom – Nikola, Demonek, Tofi, Ulinka i Zorka… Czyli jak ktoś mi zaproponuje lot w kosmos, to się zgodzę. Co tam. Na pewno gdzieś Tam jest dom dla czarno-białych puchatych kocurków.

Gracjan

Fot.: Marta Turło

Tekst: Anna Rau

Wicia i Werwa szykują imprezę

- Ale mam nowinę! Ale mam nowinę!!!

- Co takiego? Co się stało!

- Wiesz, co Ludzie dziś robią? Tacy mali Ludzie? Takie kociaki-Ludzie?

- No nie wiem, powiedz wreszcie!

- Przebierają się w różne śmieszne albo trochę straszne kostiumy, w jakieś szmatki, coś tam, chodzą z koszyczkami w pyszczkach i zbierają smakołyki! I ciągle mówią: „Cukierek albo psikus”. I wtedy dostają. Super pomysł, nie?

- W pyszczkach? Ludzie?!

- Ale się czepiasz szczegółów… No to w łapach noszą, w rękach. Ale zwróciłaś uwagę? Zbie-ra-ją. Dostają za nic..

- No ciekawe… Tak, hmm. Ciekawe.

- Rety, przecież możemy to wykorzystać. Jesteśmy małe, możemy się przebrać i jak tak będziemy chodzić od Człowieka do Człowieka, to na pewno coś dostaniemy!

- A co? O, wiem, co bym chciała. Trochę więcej tych luksusowych chrupków, które dostajemy tylko raz dziennie na podwieczorek.

- To to. Albo kocią kiełbaskę. Albo może jakiś plasterek mięska, co tam Ludzie chowają dla siebie.

- Podoba mi się. To za co się przebierzemy? Może za drzewo? Jak by się dało skombinować te listki, co sobie Ludzie tu do ozdoby położyli… Albo nie, byłoby gadanie. Weźmy z tej rośliny w doniczce. I tak mieć listek na grzbiecie. Oczywiste drzewo.

- Super. Albo dorwać piórko! Kiedyś Człowiek nam przyniósł jakieś do łapania… Masz piórko – przebrałeś się za ptaszka!

- Albo przebierzemy się za siebie. Ty za mnie, ja za ciebie!

- Ostatnie przebranie najlepsze. Tylko czekaj… A jak przebierzemy się, a nic nam nie dadzą?

- To psikus!

Werwa i Wicia - oraz listki

Fot.: Monika Bieniek

Tekst: Anna Rau

Zefilon, który wie, że już nigdy nie spotka swojej Mamy

Czy Człowiek zastąpi mi Mamę? Wiem, że już nigdy jej nie zobaczę. Bo zniknęła. A ja jej długo szukałem, a potem spotkałem różnych Ludzi i teraz jestem w ciepełku, i z miseczką, tu, gdzie naprawdę jest całkiem przyjemnie. Ale co się stało z moją Mamą?

Było tak: od urodzenia mieszkałem w piwnicach, z Mamą i młodszym przyrodnim bratem. Brat był zupełnie malutki i miał ogonek do góry, a Mama znowu była w ciąży - ale to normalne. Wszystkie moje ciocie bardzo często są w ciąży i nikt przed nikim niczego nie ukrywa. Najczęściej z ciociami i ich kociakami spotykaliśmy się w ogrodzie koło wielkiego czerwonego budynku, koło którego rosło stare drzewo, zwane bukiem. Jak byście chcieli wiedzieć - tam zawsze przyjemnie pachnie gołębiami, bo w dzień mnóstwo ich tam łazi! Przyjemne to, nie? Ale my w dzień tam nie chodzimy, bo wtedy jest za dużo Ludzi, którzy mogą być groźni. I aut, które są straszne! Chodziliśmy więc sobie nocami, a Mama zawsze mówiła, że trzeba szybko-szybko przebiec przez ulicę między jednymi oczami potwora-auta a drugimi, i dobrze ocenić odległość, bo one się nigdy nie zatrzymają. I tak było co dzień, zanim jeszcze urodził się mój brat, i potem też. Ostatnie, co pamiętam, to ciepławy wieczór i wszędzie pełno szeleszczących liści, kiedy Mama, mój przyrodni braciszek z ogonkiem i ja przemknęliśmy przez ulicę, i znaleźliśmy się w ogrodzie. Tylko tam nie do końca było tak, jak zawsze. Jacyś Ludzie coś tam w dzień robili i wszystko inaczej wyglądało! Pełno ziemi i wykopów, i zniknęły te krzaki, za którymi dotąd chodziliśmy, i to mnie niestety zdezorientowało. Chyba w którymś momencie skręciłem nie w tę stronę i nagle znalazłem się w innym miejscu i wśród innych zapachów niż zawsze… Zacząłem więc szukać Mamy i miauczeć, ale jacy Ludzie zaczęli na mnie pokrzykiwać, a potem coś strasznie hałasowało, więc się schowałem pod takim pojemnikiem na różne odpadki i przeczekałem cały jasny dzień. A w nocy znów ruszyłem na poszukiwanie Mamy. Byłem tak głodny, że aż mnie skręcało! Co dzień na naszym podwórku Taki jeden Człowiek z Wózeczkiem zostawiał jedzonko, ale teraz w ogóle nie czułem nic, co przypominałoby ten wózeczek, tego Człowieka i moją Mamę. Znowu zacząłem miauczeć. I zatrzymał się inny Człowiek, taki bez wózeczka. Wabił mnie i położył mi mięsko na boku, na takim kamieniu. Rany, jak to smakowało. Skąd Ludzie biorą mięsko?! I zachęcał mnie do podejścia. I drugi, co mu zaczął towarzyszyć... I mnie złapali. Było strasznie, bo byli duzi i nie są kotami, ale było ciepło, i głaskali mnie po łebku, i mówili „kici kici”. A potem nocowałem u takiego Człowieka, co miał dwa psy, i starał się, żeby mi było zacisznie i żebym jadł. To było miłe.

Myślę, że już nigdy nie zobaczę mojej Mamy. Po prostu się zgubiłem i koniec. Ale i tak miałem szczęście, bo teraz mieszkam u kolejnych miłych Ludzi. Ale co będzie dalej?... Mam nadzieję, że moja Mama zawsze znajdzie coś do zjedzenia. I mój przyrodni brat, co ma jeszcze ma ogonek do góry. Nigdy o nich nie zapomnę.

Zefilon

Fot.: Anna Chyżyńska

Tekst: Anna Rau

Nikola próbuje wziąć swój los we własne trzy łapki

Mam dla was propozycję. Wiem, że czasem nawet się mówi: „propozycję nie do odrzucenia”, ale ja tak nie powiem. Jestem tylko koteczką na trzech łapkach, a moja propozycja… No cóż. Powiem tak: wypożyczcie mnie!

Nazywam się Nikola, mam łatki i 3 łapki. I jestem Kotem Tymczasowym, to znaczy czekam na własny domek od dwóch lat. Ostatnio czekam razem z Gracjanem, ale i z Demonkiem, Tutim, Tofim oraz z tutejszymi rezydentami, czyli Prawdziwymi Kotami Domowymi. I dobrze jest. Ale jestem tylko Kotem Tymczasowym... Rozmawiałam o tym z Gracjanem, który jest czarny i puchaty, i – poza momentami, kiedy zaczyna mówić, że coś jest nie tak, jeśli nie ma moresu – dość stoicki. I choć w tej kwestii (w sensie, że też jest kotem tymczasowym) również nie ma specjalnie szczęścia, to jakby jednocześnie ma go nieco więcej. Bo jest stoicki i puchaty. A Demonek jest młodszy i lubi się bawić, więc kompletnie o tym nie myśli. A ja myślę, bo trzy łapki dają do myślenia. I wymyśliłam, że może po prostu nie jest mi pisane być czyimś Kotem Domowym... Trudno. Ale potem któregoś wieczoru przyszło mi do głowy, że skoro są miejsca, w których Ludzie mogą sobie wypożyczać książki, pojazdy, ubrania, to może ktoś chciałby sobie wypożyczyć na trochę jakiegoś miłego kota, czyli mnie? Bo wiecie, i wypożyczający byłby zadowolony, bo poczułby się jak Właściciel Kota, i ja byłabym zadowolona, bo poczułabym się jak chciany i wybrany Kot Domowy, tak więc to chyba niezła propozycja?

Jestem miła, grzeczna, czysta. Lubię mruczeć, bawić się i być głaskana. Wiem wszystko o byciu kotem domowym, więc chętnie każdemu, kto będzie chciał mnie wypożyczyć, pokażę, jak fajnie mieć kota. I może, jeśli takie posiadanie okaże się fajne… a ten ktoś nie będzie chciał mieć kota z trzema łapkami, to potem weźmie jakiegoś innego, takiego… pełnowartościowego. Ale co poczuję się jak Kot Domowy, to moje. I nie słuchajcie Gracjana, który marudzi, że to kiepski pomysł. Wypożyczcie mnie!

Nikola

Fot.: Anna Żokowska

Tekst: Anna Rau

Tsunade, Temari i Tobi tworzą eksperckie kolegium fotograficzne

- Jak ty mnie łaskoczesz z tyłu ogonem! Majtasz i majtasz.

- Bo to jest takie ekscytujące! Pobawiłbym się tymi listkami ze szmaty. I tam z tyłu takie gwiazdki świecą. Rety, jak w raju.

- Ale Ludzie chcą, żebyśmy siedzieli i wyglądali jak grzeczne kotki!

- Nie ma problemu. Jesteśmy grzeczne kotki. Malutkie i fantastyczne.

- O to to. Ale o co chodzi z tym „zdjęciem”? Zdjęcie i zdjęcie – co to jest zdjęcie?! I dlaczego muszę tak siedzieć? Tam jest piłeczka!

- Zdjęcie… Chcą coś zdjąć i, jak tak siedzimy, to im pomożemy.

- To ma sens – rzadko siedzimy.

- Basia mówiła, że „zdjęcie” to inaczej taki nieruchomy, płaski kotek, którego potem Ludzie mogą sobie w każdej chwili oglądać.

- Płaski kotek?! Brzmi strasznie! Ja nie chcę!!!

- Gdyby to było coś strasznego, Basia by nam powiedziała. Może czasem machnie łapą, ale nas jakoś wychowuje.

- Wychowanie, phi! Jak ja bym chciał dorwać tę piłeczkę!!! Akurat jest wolna. A obok wisi ogon Duriana.

- Palnij go łapką! Palnij go łapką!

- Uspokójcie się. Ludzie tu się starają i chyba to jakieś tam zdjęcie jest coraz bliżej.

- Zdjęcie… Zdjęcie… O, już nie musimy siedzieć. I o co chodziło?!

- Nie wiem, ale teraz chcą nam dać chrupki, więc to coś świetnego.

- Zostawcie mi kilka, piłeczka nadal wolna! Biegnę!!!

- Nie zapomnij złapać ogon Duriana!

Tobi, Tsunade, Temari i zdjęcie...

Fot. Monika Stańczak

Tekst: Anna Rau