Jogi wspomina najdziwniejszą noc w swoim życiu

Na początku było światło. Mocne białe światło, które oślepiło nas, kiedy podnieśliśmy łebki, słysząc hałas. Światło wyglądało jak księżyc – okrągłe i blade, tylko sto razy silniejsze. I wtedy zrozumieliśmy, że wysoko, wysoko nad nami Coś do nas zagląda… To było straszne! Lecz byliśmy sami. Judi, Jazz i ja, Jogi. Siedzieliśmy w trójkę w wielkim, pustym, czarnym pudle, jednym z tych, w którym Ludzie trzymają to, czego nie potrzebują, więc co mogliśmy zrobić? Pudło było tak wielkie, że zmieściłoby się w nim mnóstwo kociaków. I było tak wysokie, że nie mogliśmy z niego wyskoczyć, choć się staraliśmy. I było zupełnie puste, to znaczy tylko z nami. Dziwne miejsce. Osłonięte, ale chłodne. Od czasu do czasu słyszeliśmy jakieś hałasy, hurgoty, trzaski i łomoty, a czasem przesuwała się górą smuga światła. A my siedzieliśmy. I po jednym takim hurgocie spadło do nas z góry małe pudełeczko po czymś smacznym. To ja zacząłem je wąchać i przewracać, bo już byliśmy solidnie głodni. I chyba źle zrobiłem, bo to Coś nas usłyszało i oświetliło tym światłem... I wkrótce zobaczyliśmy… że to był Człowiek! Ogroooomny. Najpierw zniknął, a my odetchnęliśmy z ulgą, lecz po dłuższej chwili wrócił z dwoma innymi i wszedł do nas, do pudła. Wtedy zaczęliśmy skakać – najwyżej, jak się dało! Lecz to nic nie pomogło. Złapał nas po kolei, choć my miauczeliśmy i próbowaliśmy syczeć, i drapać, bo nawet nie chcieliśmy sobie wyobrażać, co może z nami zrobić taki wielki Człowiek… Wiadomo co – coś strasznego. Coś jeszcze gorszego niż marznięcie w tym pustym pudle. Lecz i to nic nie pomogło. I wtedy wszystko się zaczęło.

A teraz wszystko jest… inne. Nie do opisania. Są kocyki, zabawki, miseczki. Nawet Ludzie są inni niż myśleliśmy. Głaszczą nas i karmią. I wyleczyli nasze oczka, które były trochę popsute. Rozumiecie coś z tego?

To tak sobie myślę, że może wtedy to nie był Człowiek, tylko Koci Mikołaj?

Jogi

Fot.: Weronika Kruszewska

Tekst: Anna Rau