Homar wyjeżdża… we śnie i rzeczywistości

W pierwszym dniu, kiedy przyjechałem do Kociego Pogotowia, śniło mi się, że nagle wyjechałem. Pojechałem daleko, daleko - jak człowiek, któremu wypowiedziano dom i musiał go opuścić. Nie pytajcie jak – bo to sen. Sen-jawa. Jechałem, przez pola, łąki i lasy. Mijałem Ludzi, z których żaden nie był moim, i domy, w których mieszkały inne koty. Bo tutaj nikt mnie nie chce.

Jechałem jednak, jechałem, czy szedłem, wiedząc, że dom gdzieś tam jest. Że znowu powróci, i wszystko będzie tak, jak było dawno temu, kiedy dom miałem i byłem czyjś, a Człowiek był mój. Tylko we śnie takie rzeczy się wie. Wiedziałem więc i szedłem z nadzieją. I w końcu zobaczyłem go – to miejsce, gdzie wreszcie mogłem wejść i zostać. I czekano na mnie.

Świat nagle tak mnie ucieszył! A ja ucieszyłem Ludzi, którzy mnie przyjęli. I mogłem wchodzić, wychodzić i do nich wracać. Skakać i spać na poduszce. I mogłem otwierać kolejne drzwi, a za każdymi była coraz to inna i coraz lepsza niespodzianka do odkrycia – drzewo, trawa, Człowiek, droga, kwiaty, owady, miska, powrót, ciepło, głaskanie i sen we śnie. Drzwi… Znacie mnie od prawie roku. Wiecie, że drzwi są dla mnie najważniejszym i prawdziwym znakiem. Znakiem domu, wolności, nowego wyjścia i poszukiwania. Mój Dom, którego już nigdy TAKIEGO nie będzie, miał TE drzwi. Dlatego ciągle otwieram kolejne. I we śnie też otwierałem - w moim domu. Własnym. Na zawsze. Dlaczego to tak nie wygląda? Dlaczego nikt nie chce żyć tak, jak wiem, że można, i jak żyłem kiedyś? We śnie jednak nie wiedziałem, że to na zawsze straciłem, i nic nie psuło mojej radości przy własnym Człowieku bez twarzy. I w końcu, ciesząc się domem, otworzyłem kolejne drzwi, ale za nimi było tylko przebudzenie.

Homar

Fot.: Marek Jędrasik

Tekst: Anna Rau